19.08 III MMP Wa-wa

>wróć<










W jak Wiktoria? (III MMP w Warszawie - 19.08.06)

Mówiąc szczerze, nic nie zapowiadało, że pojawimy się na III MMP w Warszawie. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej pod znakiem zapytania stało prawie wszystko. Jak zwykle mieliśmy problemy personalne - Uho wczasował nad morzem, Adam był na pieszej wędrówce gdzieś na wschodzie Polski i rzadko odbierał telefon. Jednak tydzień przed turniejem, sprawa zaczęła klarować się w tempie ekspresowym - Adam wrócił wcześniej, a do tripletu zaprosiliśmy Nizkiego, z którym całkiem udanie grało nam się w Łodzi.
Z planowanych solidnych treningów przedturniejowych nic nie wyszło - przez cały tydzień tyraliśmy fizycznie, a wieczorami stałem za barem. Jedyne co nam się udało, to kupno trzech jednakowych polówek w makro (za 12,00 sztuka;)...

W Warszawie wylądowałem już w piątek o 14.00 z mocnym postanowieniem solidnego zbadania terenu rozgrywek. Około 16.00 trafiłem bez problemu do Parku Żeromskiego, gdzie niestety nie zastałem już uczestników bicia Rekordu Guinessa, ale za to spotkałem miłych młodych ludzi: Maćka i jego dziewczynę, a pod wieczór ludzi z Boules Brothers. Kiedy na miejsce dotarł Adam zabraliśmy się solidnie do spóźnionych treningów, mimo zmiennej pogody.

Podczas pierwszego dnia zawodów pogoda była bardziej stabilna. Przez większość dnia świeciło słońce, a temperatura była optymalna. Wszyscy byli na miejscu, formalności załatwione, koszulki rozdane; w dobrych nastrojach czekaliśmy na pierwsze losowanie...
Na pierwszy ogień "bratobójcza walka", trafiliśmy bowiem na triplet PROS, w którym gra Bart, obecnie rezydujący w Poznaniu. Gra stała na bardzo niskim poziomie. Jak zwykle trema, która paraliżuje mnie przez pierwsze dwie rundy, dała się we znaki. To była chyba najdłuższa partia turniejowa jaką rozegraliśmy w życiu. Po ostatnim rzucie świnką było 6:6 i trzeba było rozegrać jeszcze partię roztrzygającą. Wynik końcowy 8:6 odzwierciedlał doskonale szczęście jakie towarzyszyło nam tego dnia, o poziomie nie wspomnę;)
Kolejne wygrane rundy to niewątpliwie wynik mega szczęśliwego losowania. Na poprzednich turniejach, po wygraniu pierwszej partii, trafialiśmy z reguły na bardzo wymagających przeciwników. Tym razem było podobnie, jednak nasze morale było wysokie i kolejne rundy zakończyły się pełnym sukcesem (13:5 z NBP i 13:4 z Milanówkiem).
W czwartej rundzie spotkaliśmy się z mocnym składem: Wiola Śliż, Jarosław Dąbrowski i Krzysztof Krot. Nasze szczęście jednak nas nie opuszczało;) Ta runda wyglądała, jakby ktoś rzucił urok na naszych adwersarzy, choć muszę przyznać, że i nasza gra wyglądała trochę lepiej. Po zaciętym pojedynku, po ostatnim rzucie świnią wynik 8:6 wskazał zwycięzców - Kapitana Kuleczkę!
Byliśmy nieźle nakręceni, mimo, że zdawaliśmy sobie sprawę, że za obecny obrót sprawy w dużej mierze odpowiedzialna jest sprzyjająca fortuna. Cztery wygrane dawały nam raczej pewny awans do play-offów, co chyba nas nieco rozluźniło. Piąta runda przyniosła nam w końcu trudnych przeciwników. Triplet P.J.E. dał nam solidny wycisk i pomimo wyrwania czterech punktów, pokazał nam należne miejsce w szeregu (4:13).

Weszliśmy do play-offów z ósmego miejsca, co znaczyło, że będziemy grać z (teoretycznie) równa drużyną, która zajęła 9 miejsce. Tą drużyną było Appellation Provance, która rzeczywiście była (tak sądzę) w naszym zasięgu. Niestety wyglądało na to, że siły z nas opadły, a i fortuna poszła dać komuś innemu... Poza paroma momentami, graliśmy słabo. Odpadliśmy.

10. miejsce to chyba całkiem nieźle, jak na początkujących, do tego grających w mało zgranym jeszcze składzie. Od dawna wiadomo, że szczęście w sporcie daje dużą przewagę nad rywalami, teraz mogliśmy przekonać się o tym osobiście.

solferr

Miejsce:
Park Żeromskiego został niedawno odrestaurowany i wygląda ślicznie. Jak na razie to najładniejsze miejsce turniejowe, jakie widziałem. Czułem się tam jak na własnym terenie, co w jakimś sensie wpłynęło na nasze morale na turnieju. Najprzyjemniejsze miejsca do grania były na dwóch wzniesieniach, oklających stary fort.
Większość boisk była ukryta pod drzewami, co chroniło prze słońcem, jak i deszczem (też niestety się zdarzył).
Jeżeli w przyszłym roku turniej odbędzie się w tym samym miejscu, bez wahania pojawię się znowu.



Nawierzchnia:

Równa, twarda, sprężysta i zdradliwa. Ubita ziemia pokryta żwirem, miejscami bardziej miękka, czasem bardzo twarda. Pełno ukrytych kamieni, które w przypadku mocnego pecha, mogły porządnie utrudnić grę.
Dobra dla początkujących; dobrze wchodziły płaskie strzały "wymiatające".







Organizacja:

Doskonała. Duży plus za urokliwe miejsce. Wpisowe 25 PLN zostało zrekompensowane talonem na: trzy piwa, 2L sok pomarańczowy, wodę, dostęp do pączków, kawy, herbaty, obiad. Do tego w trakcie play-offów pojawiła się kolacja, czyli deska serów, pieczywo i francuskie wino. Jak dla mnie - bomba!
Ale ponieważ jestem czepialski, zwróce tylko na jeden mały zgrzyt. Pierwszego dnia (który jak by nie patrzeć, był bardziej prestiżowy od drugiego) obiad był moim zdaniem trochę skromny, do tego nie starczyło dla mnie gulaszu; fakt przyszedłem trochę później;) Za to drugiego, obiad był pierwsza klasa: doskonałe puree, schabowy, duszone warzywa, smaczne sałatki... I tego wszystkiego było tyle, że można było wziąć repetę, a i tak tym co zostało, można by jeszcze nakarmić pułk czerwonoarmistów;) Oby wszystkie turnieje miały takie "wpadki".
A, i zapomniałbym pochwalić za poczucie humoru. To zwykły drobiazg, ale ja jestem wyczulony na takie smaczki - talony na żywność przypominały kartki żywnościowe z czasów komuny. Mała rzecz, a cieszy.
Do tego pula nagród. Pomijając wysoką nagrodę główną, bardzo miłe było premiowanie nagrodami pocieszenia (30 euro) miejsc 9-16.

Frekwencja:
Dość niska, biorąc pod uwagę wysokość głównej nagrody pieniężnej (1500 euro). Cieszy fakt, że Petankowicze w Polsce nie są materialistami , zabrakło jednak większej ilości gości z krajów sąsiednich, szczególnie, że pula nagród była dość wysoka, nawet jak na standardy europejskie.